harce

harce 1. «swawolna zabawa» 2. «popisy zręczności i gonitwy w jeździe konnej» 3. «sz»

Archive for the ‘tłumaczenia’ Category

rekonstruując Serbię

with one comment

tłumaczenie artykuł z magazynu The Land, numer 6, zima 2008/9.

W Serbii fabryki są zamykane w efekcie programu „rekonstrukcji” Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) – ale Isabelle Fremeaux i John Jordan odwiedzili trzy takie w których pracownicy przejęli kontrolę.tłumaczenie artykuł z magazynu The Land, numer 6, zima 2008/9.

Większość wiadomości z Serbii z ostatnich paru dekad dotyczyła czystek etnicznych, bombardowań NATO i sądów nad zbrodniami wojennymi. Ale jest też trochę dobrych wiadomości o których nie słyszymy. Ruch dążący do odzyskania praw do samostanowienia pracowników wbrew niosącym zniszczenie falą prywatyzacji zaczął odnosić zwycięstwa.

Ostatniej zimy odbyliśmy podróż przez zamarzające mgły do przemysłowego serca Serbii, położonego na północy przemysłowego miasta Zrenjanin żeby odwiedzić Jugoremedije, fabrykę farmaceutyczną, która w efekcie trwającej cztery lata walki, eksmisji jej skorumpowanego nowego właściciela (ściganego przez Interpol), oraz strajku i okupacji jest obecnie jedną z paru zarządzanych przez pracowników fabryk w europie, Jednak na parę dni przed naszym przyjazdem poinformowano nas że nie ma już tylko jednej okupowanej fabryki w tym mieście. Dwie inne które oczekiwały zamknięcia podążyły tym samym szlakiem – największa w kraju fabryka pociągów Sinvoz i zakład przetwórstwa mięsnego Bek.

Ivan, obszarpany, młody nałogowy palacz i aktywista, nazywany przez robotników „filozofem” organizuje opór razem z Zdravko, charyzmatycznym zbuntowanym robotnikiem z Jugoremedija, znanym jako „Che” Zrenjaninu. Spotkali się w fundowanym przez rząd biurze Ivana w Belgradzie, Radzie Antykorupcyjnej. Kiedy Ivan zaczął tą pracę był antynacjonalistą i aktywistą antywojennym. Nie był krytyczny wobec prywatyzacji jako że widział w niej sposób na rozbicie bastionu robotników którzy przeważnie wspierali ksenofobiczne nacjonalistyczne frakcje polityczne. Ale brnąc przez pudła dokumentów i setki osobistych relacji robotników o tym jak prywatyzacja zniszczyła ich miejsca pracy, Ivan szybko zrozumiał że proces prywatyzacji spowodował w społeczeństwie zniszczenia podobne do nacjonalistycznych wojen.

Serbia jest kolejnym studium przypadku [case study] ekonomicznej „terapii szokowej” narzuconej przez międzynarodowe instytucje takie jak MFW, Bank Światowy i Europejski Bank Rekonstrukcji i Rozwoju wszystkie nad wyraz zainteresowane narzuceniem tego co w Doktrynie Szoku Naomi Klein opisała jako neoliberalną „świętą trójcę”: prywatyzację, deregulację i cięcia w wydatkach ‚społecznych’. W Jugosławii, program ten rozpoczął się w latach 80 zeszłego wieku, po tym jak dług zagraniczny kraju błyskawicznie rozrósł się po kryzysie paliwowym w 1973.

MFW wymusiło serię kroków, w tym przekierowanie produkcji na eksport, zamrożenie płac, cięcia wydatków i likwidację „przynoszących straty” firm, co doprowadziło do zwolnienia 1.9 z 2.7 miliona pracowników w ciągu jednego roku. Standard życia zaczął spadać w dramatycznym tempie a „reformy” odegrały znaczącą rolę jako punkt zapalny dla wojen które rozdarły kraj na większość lat 90-tych. Jak zauważył Michel Chossudovsky „tendencje secesyjne, karmiące się podziałami społecznymi i etnicznymi zyskały na sile dokładnie w kresie brutalnego zubożenia Jugosłowiańskiej populacji.”

foto:
Od lewa do prawa, autorka Isabelle Fremeaux z Ivanem, Milenko i Milovanem jednym z mechaników w sali konferencyjnej Jugoremedija.

Ale to nie był koniec ataków MFW: po tym jak w republikach byłej Jugosławii znów zapanował pokój, kontynuował on swoją strategię tym razem pod (obecnie powszechną) przykrywką „rekonstrukcji” i „przejścia do demokracji”. W 2001 podpisana została umowa zmuszająca Serbię do sprywatyzowania całej ekonomii w ciągu siedmiu lat, co było dodatkową dawką „terapii szokowej”. Efekty zwięźle przedstawił nam Mita, pracownik Sinovozu, pokazując opuszczone budynki gigantycznej fabryki pociągów która przerwała pracę po raz pierwszy od 120 lat: „Mamy inną nazwę na transformację do demokracji i nazywa się to rozkradanie”.

Żaden z robotników nie pała nostalgią za erą socjalizmu. Ale nie mogą też patrzeć jak kapitalistyczni potentaci kupują udziały w ich fabrykach i poprzez podejrzane interesy doprowadzają do ich bankructwa i zwolnienia jak największej ilości pracowników – tylko po to żeby kupić tą samą firmę, tym razem z pełną kontrolą i jeszcze większą ilością pieniędzy w banku. W Serbii wiele fabryk rzeczywiście częściowo należy do robotników, jako że podczas kolejnych faz prywatyzacji w latach 90-tych pracownikom oferowano możliwość zakupu udziałów w zatrudniających ich firmach. Po latach życia i pracy w społecznie kontrolowanych fabrykach (tzn. ani w pełni prywatnych ani państwowych), pod symbolicznym systemem samozarządzania za czasów Tito, pracownicy mieli silne poczucie zasadności ich prawa do własności miejsc pracy i brali na poważnie władzę zyskaną poprzez zostanie akcjonariuszami.

„Podczas walki o Jugoremedije, to było jedną z najbardziej frustrujących rzeczy”, wyznaje Ivan, „media nie mogły zrozumieć że strajkowali nie tylko robotnicy ale jednocześnie współwłaściciele fabryki”. To poczucie zasadności żądań nie jest oparte tylko na ich statusie prawnym: „Nasi ojcowie i dziadkowie zbudowali tą fabrykę” tłumaczy nam Mita „nie kapitalistów, nie rządu, nie polityków. Jest nasza i oni nam jej nie ukradną.”

Pracownicy Jugoremediji nie pozwolili na zmuszenie ich do sprzedaży akcji na rynek i odkryli że poprzez samoorganizację stworzyli potężną dźwignię przeciw nowym właścicielom. Począwszy na akcjach bezpośrednich a kończąc na ponownym uruchomieniu całego kompleksu fabryki farmaceutycznej pokazali że są w stanie zadecydować o własnej przyszłości. Jednym z największych sukcesów było oparcie się strategii ‚dziel i rządź’ wykorzystywanej przez drugą stronę. Kiedy pracownicy Jugoremediji odzyskali swoją fabrykę, po niezwykle ciężkich przejściach podczas strajku, dali pracę nawet łamistrajkom.

To właśnie ta niezwykła lekcja determinacji, zwarcia i solidarności zainspirowała robotników z Bek i Sinvozu. I mimo że ich sytuacja jest trochę inna, jako że nie mają większościowego udziału, nauczyli się odszyfrowywać złożone i nielegalne manewry złodziei którzy przejęli kontrolę nad ich firmami i starają się ich wszystkich zwolnić. Okupując zimne, ciche fabryki których bankructwo zostało już ogłoszone, robotnicy liczą że uda im się zmusić rząd żeby ich posłuchał.

foto. Robotnicy w okupowanej fabryce pociągów Sinvoz.

Najnowsze wiadomości z Zrejaninu nie są tak dobre jak byśmy chcieli, jednak dalej jest nadzieja na wygraną. Jest to żmudna walka, podczas której opór stawiany jest mimo miesięcy bez pensji, bez żadnej gwarancji wygranej, naprzeciw arogancji i chciwości milionerów i urzędników ciągnących za neoliberalną falą która która przetoczyła się przez ten kraj. Pracownicy Beka zdecydowali się złożyć broń parę miesięcy temu kiedy w ramach procesu sądowego przyznano im odszkodowanie. Jednak w Sinvozie walka toczy się dalej. W maju tego roku niektórzy pracownicy (w tym Zdravko i Milenko, lider rewolty w Beku) założyli nową partie polityczną po to żeby zasiąść w lokalnym zgromadzeniu i stamtąd udało im się wymusić założenie pierwszej w historii kraju parlamentarnej komisji mającej na celu zbadanie legalności prywatyzacji Sinvozu. Kolejny krok do odzyskania miejsc pracy i godności. Jeśli postępująca recesja spowoduje masowe zamknięcia fabryk w europie, powinniśmy spojrzeć na przykład Serbskich batalii i uczyć się z ich odwagi.

Podróż do Serbii była częścią siedmiomiesięcznej wyprawy przez Europę, w ramach której odwiedzaliśmy i dokumentowaliśmy utopijne projekty i społeczności stawiające opór kapitalizmowi. Efektem mają być książka i film opublikowane jesienią 2009 roku. Więcej na www.utopias.eu.

jeszcze jedno tłumaczenie z wczoraj: [irlandia] aktywistyczny abordaż statku Shell, jak na razie nikt nie zauważył że opublikowane 10 minut przed wersją angielską ;]

kopia powyższego na indymediach: pl.indymedia.org/pl/2009/07/45843.shtml

opublikowane z obozu solidarnościowego w Rossport.

Written by harce

7 Lipiec, 2009 at 13:46

Solitaire znów blisko Rossport

leave a comment »

kładący rurociągi okręt Solitaire powrócił do irlandii po ostatniej porażce w starciu z aktywistami, wczoraj udało się zablokować prace, jutro rano jadę do Rossport wesprzeć obóz protestacyjny, będę postował na twitterze do póki mnie nie aresztują ;].
pewnie jutro w sieć pójdzie nowa produkcja revolt video (bardziej propagandówka ale konkret), irlandzkie media milczą – zdawkowe raporty to praktycznie PR rządu i/lub shella, jedyne sensowne informacje publikują irlandzkie indymedia.

polecam do przeczytania;
relacja z wczoraj (świeże jak cyp); [Irlandia] Okręt Shell w odwrocie [pl. indymedia]
artykuł o siłach policyjnych skierowanych do obrony Shella; Shell Has More Gardai Protecting It than Most Counties[ang, indymedia]
gigantyczny artykuł o najemnikach/ochroniarzach Shella; The Shadow over Erris: Shell, IRMS and Bolivia [ang. indymedia]
i wcześniejszy; irlandzcy najemnicy shella? [pl, mój blog]

btw o akcji pisze też CIA, jak zwykle po indymediach, bez podania źródła i myląc fakty, no ale całe szczęście nie musieli napisać że wiedzą coś z indymediów :) cia – Irlandia: Protest przeciw Shell

Written by harce

26 Czerwiec, 2009 at 22:22

piractwo i podejrzane liczby – tłumaczenie artykułu

with one comment

przetłumaczyłem i wrzuciłem na indyka całkiem fajny artykuł z Bena Goldacre z Guardiana „Illegal downloads and dodgy figures„, publikacja indykowa; „[tłumaczenie] Guardian – Piractwo i podejrzane liczby”, a całość poniżej;

Piractwo i podejrzane liczby
Ben Goldacre

Zabijasz naszą branżę rozrywkową. „Piractwo kosztuje miliony” twierdzi the Sun. „Ponad 7 milionów Brytyjczyków używających nielegalnych pirackich stron kosztuje ekonomię miliony funtów, powiedzieli dzisiaj rządowi doradcy. Badacze odkryli że ponad milion ludzi używa pirackiej strony w ciągu JEDNEGO dnia i ocenili że w ciągu jednego roku skonsumują oni materiał wart 120 miliardów funtów.”

To mniej więcej jedna dziesiąta naszego PKB. Nic dziwnego że zaniepokoiło to też Daily Mail: „Sieć miała 1.3 miliona użytkowników dzielących się plikami w środku dnia, w dzień roboczy. Jeśli każdy z nich ściągnął tylko jeden plik w ciągu dnia, dało by to łączną wartość 4,7 miliarda funtów w mediach skonsumowanych za darmo, każdego roku”. Zawsze jestem podejrzliwy wobec tego przemysłu, ponieważ w ciągu ostatnich lat opublikowali już sporo podejrzanych danych. Wątpię też w to że każdy nielegalnie pobrany plik to stracony dochód, choćby dlatego że ludzie którzy więcej ściągają także kupują więcej muzyki*. Chciał bym więcej szczegółów.

Tak więc skąd pochodzą te opinie na temat miliardowych strat? Udało mi się znaleźć oryginalny raport. Został napisany przez pewnych pracowników akademickich których można wynająć w jednostce należącej do UCL nazywanej Ciber, Centre for Information Behaviour and the Evaluation of Research [mniej więcej; centrum zachowań informacyjnych i ocena badań] (którego celem jest „informuje poprzez odparcie faktami biernej spekulacji i nie opartych na wiedzy opinii)**. Raport został zlecony przez rządową instytucję pod nazwą Sabip, Strategic Advisory Board for Intellectual Property [rada strategicznego doradztwa d/s własności intelektualnej]. W zakresie traconych miliardów stwierdza: „Szacunki odnośnie ogólnie utraconych zysków, jeśli wliczymy wszystkie branże kreatywne których prace mogą być kopiowane cyfrowo, lub podrobione, osiągają wartość 10 miliardów funtów (IP rights, 2004), co najmniej, jako że dane pochodzą z 2004 roku, oraz utratę 4.000 miejsc pracy.”

Skąd pochodzi ta liczba? Udało mi się wytropić pełen raport Ciber, znalazłem biografię, podążyłem za linkiem który doprowadził mnie do oświadczenia prasowego prywatnej firmy adwokackiej Rouse specjalizującej się w prawie własności intelektualnej. To oświadczenie nie dotyczy wartości 10 miliardów funtów. W rzeczy samej jest jednostronicowym dokumentem, gratulującym rządowi stworzenia strategii przeciwdziałania kradzieżą własności intelektualnej. W krótkiej części zatytułowanej „kontekst”, pośród pięciu innych punktów, stwierdza: „Właściciele praw autorskich ocenili że tylko w zeszłym roku fałszerstwa i piractwo kosztowały ekonomię Wielkiej Brytanii 10 miliardów funtów i 4 tysiące miejsc pracy”. Ocena branży, jako notatka na boku, w oświadczeniu prasowym. Genialne.

Ale co z wszystkimi innymi wartościami podanymi w relacjach prasowych? Sporo z nich obracało się wokół liczby 4,73 miliarda plików ściąganych co roku, wartych 120 miliardów funtów. To by znaczyło że każdy ściągnięty plik, program, film, mp3, ebook, jest warty 25 funtów. Już to wygląda na raczej sporo. Nie jestem ekonomistą, ale na przykład dla mnie adekwatna wartość porównawcza dla kogoś kto ściąga film żeby obejrzeć go tylko raz to cena wypożyczenia filmu, nie cena sklepowa.

W każdym bądź razie, to 175£ tygodniowo albo 8,750£ rocznie potencjalnie nie wydane przez miliony ludzi. Czy to na prawdę stracony dla gospodarki przychód, jak twierdzi prasa? Wiele z tych osób to młodzież szkolna, studenci, a nawet jeśli nie, to ciągle jedna trzecia średniej krajowej. Przed opodatkowaniem.

Oh, ale dane były błędne; tak na prawdę było 473 miliony plików i 12 miliardów funtów (więc wartość jednego pliku to dalej 25£) ale błędne liczby znalazły się w finalnym podsumowaniu i oświadczeniu prasowym. Zmienili je po cichu po tym jak błędy zostały wytknięte przez BCC.

Zapytałem jakie kroki podjęli żeby poinformować prasę o swoim błędzie, który wyolbrzymił podane przez nich wartości dziesięciokrotnie w relacjach które już okrążyły świat. Pracownicy Sabip odmówili odpowiedzi na mejle, nalegali na kontakt telefoniczny, zapewnili że podjęli działania, ale nie wytłumaczyli jakie i zaczęli tłumaczyć jak to nie mogą być odpowiedzialni za leniwych dziennikarzy, po czym groteskowo zadzwonili po 10 minutach, próbując wstecznie poinformować że rozmowa była prywatna, nie do publikacji. Myślę że jest akceptowalnym żeby czuć z tego powodu zawiedzenie i skonfundowanie. Jak już powiedziałem: jeśli o mnie chodzi to wszelkie dane podawane przez tą branżę są fałszywe, o ile nie zostanie udowodnione inaczej.

* oczywiście nie tylko muzyki, ogólnie mediów, ale tak napisał autor
** komuś jeszcze przypomina się „dziękujemy za palenie”?

jak dla mnie wygodny artykuł żeby nim rzucić w twarz „obrońców praw autorskich” (najlepiej po przywiązaniu do czegoś ciężkiego), ale przede wszystkim autor urzekł mnie ostatnim zdaniem; „wszelkie dane podawane przez tą branżę są fałszywe, o ile nie zostanie udowodnione inaczej„. amen.

Written by harce

8 Czerwiec, 2009 at 20:56

irlandzcy najemnicy shella?

with 4 comments

streszczenie/kontekst na podstawie mediów korporacyjnych: faszyści pracujący jako ochroniarze dla firmy zajmującą się obroną obiektów Shell i głównej prawicowej partii w Irlandii jadą do Boliwii trenować rebeliantów walczących z lewicowym rządem który niedawno znacjonalizował przemysł wydobywczy/energetyczny (a siedzą na sporych pokładach gazu i ropy), przy streszczeniu pomijam krytykę rządów Moralesa z której głównie składają się te artykuły, oczywiście żaden nie stwierdza tego wprost, tak jak i poniższy.

SmDublin_leaflet_cover

— tłumaczenie Fash/FF/Rangers at Rossport

Stanowią największą siłę bezpieczeństwa w kraju, liczebnie przewyższają policję i armię łącznie, i mają być regulowani w sposób zapewniający że kryminaliści i bojówkarze zostaną wykluczeni z ich szeregów. Jednak w ostatnich dniach pojawiły się poważne pytania odnośnie tego kto tak naprawdę tworzy ponad 20,000 armię Irlandzkich firm ochroniarskich.

W roku 2004 minister sprawiedliwości Michael McDowell obiecał że nowe prawa doprowadzą Irlandię do poziomu jej europejskich partnerów i zapewnią adekwatne regulacje przemysłu ochroniarskiego.

Jednak, trzy lata po ustanowieniu Private Security Authority (PSA) [urząd d/s prywatnych firm ochroniarskich], tak ze strony opinii publicznej jak i przedstawicieli przemysłu pojawiają się poważne pytania o działalność tej instytucji.

Kwestia ta stała się dość paląca w oczach opinii publicznej po śmierci Micheala Dwyera, 24 latka z Tipperary w pokoju hotelowym z Santa Cruz w Boliwii. (1)

Z 22,037 aktualnie zarejestrowanych ochroniarzy, 10,011 dostarczyło potwierdzenia niekaralności z innych jurysdykcji. W tym 2,598 zostało dostarczone przez obywateli Irlandii. Takie zaświadczenia muszą zostać dostarczone przez osoby starające się o licencje PSA przez każdego kto mieszkał poza terenem Irlandii przez więcej niż 6 miesięcy. Autentyczność tych dokumentów jest potwierdzana przez PSA i nie są przeprowadzane żadne dalsze procedury sprawdzające działalność danej osoby za granicami.

Rzecznik prasowa brytyjskiego Security Industry Authority zapewnia że poza prezentacją dokumentów potwierdzających niekaralność, prowadzą oni dalsze czynności mające na celu potwierdzenie otrzymanych informacji.

W śród osób którym udało się otrzymać licencje ochroniarską PSA w 2008 znajdował się 32 letni Tibor Revesz. W jego ojczystej Rumunii, jest dobrze znanym członkiem Legionu Szkelerów (Székely Légió), otwarcie faszystowskiej grupy paramilitarnej trenującej z kałasznikowami domagającej się „reunifikacji”(2) węgiersko-języcznych regionów Transylwanii z Węgrami.

Wygląda na to że Tibor poznał Dwyera kiedy obaj pracowali jako ochroniarze dla Integrated Risk Management Services (I-RMS), [zintegrowane usługi zarządzania zagrożeniem, firma „ochroniarska”] firmy z bazą w Naas, prowadzonej przez dwóch byłych członków elitarnych oddziałów wojskowych Rangers. Firma pracuje między innymi dla Shell Oil i Fianna Fáil(3).

Sposób w jaki personel I-RMS traktował protestujących przeciw budowie gazociągu Corrib(4) w Mayo spowodował szereg zażaleń do policji i PSA.

Po koniec ubiegłego roku, mieszkająca w Rossport Monika Muller napisała do policji, PSA i Ministerstwa Sprawiedliwości z zażaleniem na brutalność prywatnych ochroniarzy wokół budów Shella i fakt że nie noszą ani nie okazują swoich numerów licencji PSA.

Zgodnie z Private Security Act 2004 [ustawą o prywatnej ochronie z 2004], paragraf 30: “Osoba która zalicza się do przypisanej kategorii licencji będzie, w trakcie wykonywania usługi ochroniarskiej, nosić identyfikator tożsamości.” Ten paragraf wszedł w życie w 2006.

Odpowiedź jaką pani Muller otrzymała z Ministerstwa Sprawiedliwości potwierdziła że ochroniarze pracujący w Glengad, hrabstwo Mayo, są licencjonowani zgodnie z w/w przepisem. Dalej jednak stwierdza że wymóg noszenia identyfikatorów nie została jeszcze zaimplementowana przez PSA i ma być wprowadzona w życie „przed końcem roku”.

W tych przepisach nie ma żadnej wzmianki o „wyjątkach” w zakresie jakiejkolwiek części przepisów. Prywatni ochroniarze Shella dalej nie noszą identyfikatorów.

Tym bardziej niepokoją nowe dowody że Revessz nie był jedynym członkiem Legionu Szekleru który znalazł zatrudnienie w Irlandii jako ochroniarz.

Na stronach powiązanych z tą grupą paramilitarną sprzedawane są naszywki upamiętniające różne ‚operacje zabezpieczające’ IRMS – w tym ochrona kładącego gazociągi okrętu Solitaire przed aktywistami blokującymi budowę Shella(5).

Boliwijscy śledczy są przekonani że Tibor, razem z podejrzanym o zbrodnie wojenne Węgrem Eduardo Roza Flores, prowadzili grupę ponad 10 „zagranicznych najemników” którzy przyjechali do Boliwii żeby szkolić grupy paramilitarne mające na celu obalenie socjalistycznego rządu.

Węgierskie media donoszą że dwóch kolejnych młodych ludzi, Gábor Dudog i Gáspár Dániel, powiązanych z Legionem Szekleru jest obecnie uznanych za zaginionych w Boliwii. Zgodnie z doniesieniami Węgierskiej prasy Dudog pracował w Irlandii w firmie ochroniarskiej i spędził 6 do 8 miesięcy w Boliwii ochraniając dostawy dla jednego z głównych koncernów paliwowych.

W ciągu ostatnich tygodni Irish Examiner kilkakrotnie prosił przedstawicieli I-RMS o komentarz w sprawie zatrudnienia Tibor i możliwości że wielu więcej członków Legionu Szekleru pracowało przy ochronie budowy instalacji wokół Corrib.

Zadano także pytanie dlaczego Dwyer mógł pracować jako ochrona obiektów w Corrib mimo że jego licencja PSA pozwalała co najwyżej na pracę jako bramkarz.

I-RMS odmówiło jakichkolwiek komentarzy na ten temat.

Rzecznik prasowy PSA oświadczył że Tibor uzyskał licencję w tym kraju po tym okazaniu „koniecznej dokumentacji”.

Poważne pytania odnośnie funkcjonowania licencjonowania PSA zostały także zgłoszone przez właścicieli firm ochroniarskich. Ostatnim razem zostały one przedstawione PSA na konferencji przemysłu ochroniarskiego w hotelu City West w Dublinie.

W ostatnich tygodniach jedna z Dublińskich firm ochroniarskich została odwiedzona przez policją celem aresztowania posiadającego licencje PSA polaka, w celu ekstradycji do polski gdzie czeka go proces za poważne przestępstwa

Szef jednej z Dublińskich firm ochroniarskich zatrudniających ponad 100 pracowników powiedział: „Jesteśmy świadomi że zdarzają się przypadki gdzie nielicencjonowane firmy ochroniarskie uzyskują kontrakty przez co tracą legalne firmy. Inspektorat PSA składa się głównie ze zdecentralizowanych pracowników społecznych w Tipperary którzy nie mają pojęcia o tym jak funkcjonuje ten przemysł i zdają się skupiać na wykańczaniu firm które starają się sprostać zasadom zamiast tych które funkcjonują na czarnym rynku”.

Dodaje też „Moja firma sprawdza międzynarodowe bazy danych pod kątem wszystkich naszych pracowników, dlaczego nie robi tego PSA.”

Tak Labour Party jak i Sinn Féin domagają się obecnie śledztwa w PSA i jego procedurach licencjonowania.

Rzecznik do spraw europejskich Labourzystów Joe Costello stwierdził że podkreślał problemy z funkcjonowaniem PSA kiedy legislacja była wprowadzana, co więcej stwierdza że już wcześniej powiedział „Ta organizacja potrzebuje kompletnej przebudowy i w jej pracach potrzeby jest znacznie większy poziom transparentności”.

Scott Millar, Irish Examiner

komentarz:

Więcej podejrzanych w Boliwii
autor Cathar

Ivan Pistovcák (Słowak) licencjonowany w Irlandii ochroniarz jest także ścigany w Boliwii podejrzany o działalność najemniczą w tej samej grupie. Kolejny węgier Tamas Nagy jest także poszukiwany i podejrzewa się że pracował w Irlandii.

Revesz mieszkał w tym samym hotelu co oni w czasie świąt. Większość najemników została zwerbowana przez reklamy umieszczone w mejlach Tibora Revesza. Jego strona także reklamowała kursy IRMS.

Nie jest specjalnym wyczynem założenie że wielu z nich pracowało dla IRMS.

Od tłumacza; artykuł pojawił się na irlandzkich indymediach (http://www.indymedia.ie/article/92303), zawierał parę niedopracowanych(?) zdań, gdzie najlepszym przykładem jest ostatni akapit oryginału, które „wygładziłem” w tłumaczeniu. W całym tekście zastąpiłem nazwę irlandzkiej Gardy (Garda Síochána) polskim odpowiednikiem – policja.

1 – Irlandczyk zabity ostatnio przez Boliwijskie siły rządowe oskarżany o udział w przygotowaniach do przewrotu, http://www.indymedia.ie/article/92073 – postaram się przetłumaczyć jakiś artykuł dokładniej opisujący tą część sprawy w najbliższych dniach
2 – transylawania była częścią królestwa Węgier
3 – Fianna Fáil to konserwatywna centro-prawicowa partia.
4 – przeciw budowie gazociągu i rafinerii Shell toczy się od wielu lat kampania „shell to sea” prowadzona przez mieszkańców Rossport (chrabstwo Mayo) i wspierana przez aktywistów z irlandii i zagranicy (w tym polskich), Corrib to pola naftowe znajdujące się około 80km od wybrzeża które eksploatować chce konsorcjum któremu przewodzi Shell (uczstniczy w nim tez Statoil i MIP)
5 – akcje przeciw okrętowi Soilitare doprowdziły do wycofania tej jednostki i tym samym tymczasowego zblokowania budowy rurociągu, http://www.indymedia.ie/article/88718

Written by harce

16 Maj, 2009 at 13:32

Internet police i nawróceni faszyści

leave a comment »

stopka pewnego forumowicza gazety wybiórczej skierowała mnie do hasła „internate brigades” na wikipedii, przekierowującego na „internet police„, z pewnym niesmakiem ale ciekawością zacząłem czytać i znalazłem o to taki kwiatek:

Russia

It is alleged in press that Russian security services operate secret teams called web brigades created to manipulate the online public opinion, but this is only a pure, not substantited speculation. Most likely those rumors are sponspored by such agencies as CIA and Mosad.

tłumaczenie na szybko:

Rosja

Pojawiają się stwierdzenia jakoby Rosyjskie służby bezpieczeństwa prowadziły tajne grupy nazywane brygadami internetowymi stworzone w celu manipulowania opinią publiczną, ale jest to tylko czysta, bezzasadna spekulacja. Najprawdopodobniej plotki te są sponsorowane przez takie agencje jak CIA i Mosad

:D no i z jednej strony, chociaż nie mam tendencji do wykrzykiwania KGB! kiedy tylko mi się coś nie podoba co chyba jest popularne na forum wybiórczej (osobiście preferuje okrzyk ABW!) to nie wiem czy ten wpis na wikipedii pozostawia jakiekolwiek wątpliwości… zresztą co do tego że CIA i Mosad pracują nad PRem Rosji też nie mam, ale to inna sprawa. ciekawostkom jest że zmiana z Rosją została dokonana z polskiego IP (adekwatnie do „chińskich ataków hakerskich” powinienem już twierdzić że to polski atak ale chyba sobie odpuszczę… ;])

a teraz coś z zupełnie innej beczki:

osoby z nadmiarem czasu zapraszam do zajrzenia na wyniki wyszukiwania dla bloga boskimarcepan i porównania treść opisu wyników/zapisanych kopii z aktualną treścią bloga… wygląda na to że doczekałem się ciekawszej odpowiedzi na mój komentarz do opublikowanego tam paszkwilu na antife niż się spodziewałem ;D

Written by harce

2 Luty, 2009 at 00:34

Napisane w haktywizm, internet, tłumaczenia

Tagged with

indymedia i grodzenie internetu

leave a comment »

w końcu przetłumaczyłem tekst do którego zbierałem się od dnia jego publikacji, całe szczęście nie stracił na aktualności, znalazł się natomiast dla niego ciekawy kontekst który zmotywował mnie do pracy – kolektyw rozbrat założył sobie podcast „szumTV” i chwała im za to.
założyli go jednak na komercyjnym serwisie a nie na wolnościowym politube.org i to mnie boli. jeszcze bardziej boli mnie fakt że zrobili tak zapewne w równym stopniu ze względów estetycznych co za naradą pewnego kolegi. kolega ten poważnie i od dawna zaangażowany, w poza tym dość wątłą w polsce, działalność video-aktywistyczną doradził im jednak blip.tv.
tekst traktuje głównie o indymediach ale myślę że jest niezłym przyczynkiem do krytyki wykorzystania serwisów komercyjnych przez aktywistów, często podminowujące tworzenie bezpieczniejszych strategicznie ale i dosłownie alternatyw.

oryginalnie opublikowany: https://london.indymedia.org.uk/articles/203
oryginalna publikacja po polsku: http://pl.indymedia.org/pl/2009/01/41936.shtml

———————————

Indymedia i grodzenie internetu.
Oryginał opublikowany 9 Listopada 2008 przez Yossariana

Na globalnych listach imc-communication i imc-tech(1) doszło niedawno do kontrowersji w kwestii wniosku o grant wysokości 200,000$ wysłanej do fundacji Knight Foundation przez IMC(2) Boston na rozwój Drupala(3) dla stron Indymedia. Wniosek został zablokowany przez IMC Rosario z Argentyny. Jako aktywny wolontariusz techniczny budujący nową stronę Indymedia od mniej więcej roku, myślę że ta dyskusja zwróciła uwagę na parę ciekawych kwestii w zakresie kodu, korporacyjnych monopoli i dylematów przed którymi staje pokorny programista chcący pomóc rozpocząć rewolucję.

Trochę tła

Najpierw trochę o mnie. Żyję w Londynie, żyję z programowania i jestem zaangażowany w Indymedia od jesieni 2000 roku. Tak jak i wiele innych osób myślę o platformach technicznych na których stoją Indymedia.

Trochę problemów

Myślę, że jesteśmy w marnej kondycji w porównaniu ze stronami które są przeważnie własnością korporacji a do których często zwracają się aktywiści polityczni. Ludzie zasadniczo nie publikują już swoich video na Indymediach – ładują je na Youtube. Zdjęcia idą na Flickr. Nastąpiła eksplozja dobrych, politycznych treści publikowanych w sieci, ale nie na naszych stronach bo w wielu wypadkach łatwiej jest zarejestrować konto na Blogger.com i zamieścić je tam. Grupy polityczne nie informują już o swoim działaniu na Indymediach, zakładają profil na MySpace. W gruncie rzeczy, większość aktywistów politycznych nie zakłada kont emailowych na riseup.net czy aktivix.org czy jednej z wielu innych usług mejlowych prowadzonych przez aktywistów, zamiast tego zakładają konta na Gmail czy Hotmail. To ogólny problem i jest znacznie większy niż Indymedia czy lewicowy aktywizm, ale warto pomyśleć o tym jak możemy na niego odpowiedzieć.

Jedną konieczną odpowiedzią jest edukacja. Aktywiści którzy nigdy nie pomyśleli by o jedzeniu mięsa czy wyłamaniu się z pikiety nie mają żadnego problemu z przekazaniem całej swojej struktury komunikacyjnej w ręce Google, Yahoo, Microsoftu i Ruperta Murdocha. Istnieją ogromne problemy praktyczne odnośnie bezpieczeństwa komunikacji, własności danych, prywatności, cenzury treści i data miningu(4) zarówno ze strony korporacji jak i agencji państwowych. Z tego co widzę wszyscy począwszy od lewicujących NGO i aktywistów ekologicznych, przez związki zawodowe i aż do antyrządowych anarchistów i komunistów mają to samo nastawienie: nie ma problemu. Idź dalej. Zamknij się, jesteś geekiem(5).

Musimy tłumaczyć ludziom te kwestie w spójny i efektywny sposób. Może tłumaczenie, że to tak jak by organizowali wszystkie swoje zebrania polityczne w McDonaldsie i upewniali się że policja przyjdzie i wszystkich ich sfilmuje jest jednym z podejść.

Jednak sama edukacja nie rozwiąże problemu. Musimy zapewnić kontrolowane przez nas samych alternatywy.

Dawid vs Goliat: powrót

Jest z tym parę oczywistych problemów. Połączone budżety na rozwój samych Yahoo, Google i Microsoftu idą w miliardy dolarów rocznie i są w stanie skierować armię programistów do rozwiązania jakiegokolwiek problemu który stanie im na drodze. Mimo że są wysoce zbiurokratyzowani mają też luksus kolejnych miliardów dolarów którymi mogą kupić młode innowacyjne firmy.

Z drugiej strony, mamy parę w miarę ciężko pracujących geeków i dobrodziejstwo kodu udostępnionego przez ruch Free Software(6). O ile dawniej samo to nam wystarczyło, chciał bym zasugerować że jesteśmy w środku procesu monopolizacyjnego który zniszczył już inne formy radykalnych mediów w przeszłości. Ten nowy etap wprowadzi też jeszcze więcej związanych z nim problemów.

W zasadzie, myślę że stoimy przed powiązanymi ze sobą problemami niedokapitalizowania(7) i korporacyjnej monopolizacji.

Prowadziłem ostatnio małe badanie historyczne w zakresie prasy robotniczej, bardzo żywej we wczesnym XX wieku, znalazłem między innymi następującą analizę Noama Chomskiego:

Angielski Daily Herald (…) jeśli pamiętam poprawnie [miał] dwa razy więcej prenumerat niż London Times, Financial Times i Guardian razem wzięte we wczesnych latach 60 dwudziestego wieku i w rzeczy samej badania pokazywały że był czytany znacznie dokładniej i z większym zainteresowaniem przez swoich czytelników, ale był gazetą klasy pracującej. Reprezentował alternatywny punkt widzenia na świat. Teraz nie istnieje. Gazety klasy pracującej stały się tanimi tabloidami składającymi się z seksu, sportu i tak dalej – częścią odmóżdżenia mass. Nie doszło do tego siłą. Policjanci nie przyszli żeby ich zamknąć. Stało się tak ze względu na nacisk rynkowy. Gazety to korporacje które sprzedają produkt, czyli czytelników, do nabywców, czyli reklamodawców(8). Tak więc gazeta czy jakikolwiek inny periodyk jest w zasadzie korporacją sprzedającą produkt innym korporacjom. Sposób, w jaki się je sprzedaje to zwracanie uwagi na profil. Jeśli chcesz mieć zasoby w tym systemie musisz mieć wsparcie reklamodawców wyrażone w kapitale. A to oznacza, że musisz odwoływać się do ich poglądów na świat, ale też oznacza konieczność zorientować się na bogatszych czytelników z normalnymi profilami reklamowymi na które oni wszyscy są zorientowani. Te czynniki wyniszczą prasę niezależną. Tak stało się w Stanach Zjednoczonych dawno temu. Tak stało się w Wielkiej Brytanii w miarę niedawno, a efekty są porażające….

Moim zdaniem, proces który zajął być może 70 lat w przypadku drukowanej prasy radykalnej późnego XIX i wczesnego XX wieku powtarza się znacznie
szybciej w przypadku dzisiejszych radykalnych mediów internetowych. Jeśli ta ocena sytuacji jest poprawna, nasze problemy są znacznie większe niż większości z nas się wydaje. Rozpoznajemy już policję rekwirującą nasze serwery oraz aresztowanie i mordowanie naszych dziennikarzy jako poważne problemy. Myślę że będziemy musieli zmagać się z mniej wyrazistą lecz być może znacznie potężniejszą erozją naszej możliwości prezentowania informacji w sieci w sposób adekwatny dla osób używających naszych stron. Początki tego procesu widzimy już w tej chwili. Potencjalny publikujący na Indymediach myśli: mogę załadować video, ale nikt nie może go wygodnie obejrzeć na stronie? Opublikuję je na Youtube. Mogę opublikować raport ale moi przyjaciele nie są automatycznie powiadomieni przez Twittera? Zapomnijcie, Blogger tak robi. Mogę ogłosić że powstanie mojej nowej grupy politycznej ale nie mam jak wygodnie połączyć ich razem i mieć do nich dostęp przez API do dalszych zmian i filtrowania? Idę na Facebook i Yahoo Pipes.

Zauważcie że w tych przykładach ludzie nie szukają wyłącznie działania efektu sieci społecznościowych i ładnego interfejsu graficznego (mimo że też się dla nich liczą). Chcą dużej funkcjonalności i rosnącej interoperacyjności z szeregiem korporacyjnych usług których nie zauważyłem żeby ktoś systematycznie analizował z radykalnej perspektywy. Więc nie chodzi tylko o budżety rozwojowe wielkich korporacji medialnych, z którymi musimy konkurować, chodzi też o ich kontrolę nad usługami i de facto standardami które też będą dla nas coraz bardziej problematyczne.

Coś tak prostego jak dodanie linku „Digg this”(9) na stronie w CMSie Indymediów zapewne osłabiło by globalną sieć Indymedia prowokując [nierozstrzygalną – przyp. tłum.] dyskusję o względnych zaletach otwartej agregacji(10) względem wspierania kapitalistycznej firmy.

Co nam pozostaje / Co możemy zrobić?

Jednym rozwiązaniem było by rozwiązanie krótkoterminowe. Jesteśmy obecnie niedokapitalizowani, napiszmy podanie o grant i wprowadźmy trochę gotówki w systemy. Brzmi to znajomo biorąc pod uwagę ostatnie nagłówki dotyczące światowego kryzysu ekonomicznego: utrzyma wszystko w ruchu przez jakiś czas ale jeśli problem jest ciągły, nic nie da w dłuższym przedziale czasu. Odłóżmy na razie dyskusję na temat tego czy programiści Indymediów powinni być używani jako tanie zasoby rozwojowe dla sieci gazet Knight-Ridder i czy prawdopodobne jest żeby grupa Indymedia która nie jest w stanie przez 3 lata założyć strony na Drupalu miała jakąkolwiek szansę na otrzymanie 200,000$ na prowadzenie dużego projektu rozwojowego Drupala na bok. Ważniejsze pytanie brzmi jak długo możemy funkcjonować przy takim podejściu? Do jakiego modelu rozwoju nas prowadzi?

W ciągu zeszłego roku poświęciłem prawdopodobnie około tysiąc godzin roboczych na pisanie kodu dla Indymediów. Branie pieniędzy od korporacji medialnej jest gdzieś zaraz za uzależnieniem się od heroiny na liście rzeczy które chciał bym zrobić i myślę że miało by mniej więcej takie same efekty na naszą działania rozwojowe. Jestem pewien że na początku wszystko wyglądało by wręcz wspaniale, szybki rozwój i wszyscy byli by szczęśliwi. Potem pieniądze się kończą i już nie jesteśmy w stanie funkcjonować. W tym momencie wszystko zaczyna się walić.

Chcę zaznaczyć, że nie jestem przeciwny płaceniu ludziom za pisanie kodu dla Indymediów, w żadnym razie. Na przykład nie miał bym nic przeciw jakiegoś rodzaju zbiórki publicznej tak jak zmag.org i płacenia ludziom za pracę z tej puli (albo przeznaczanie jej na nowy sprzęt, itd). Widzę też bazę kodu Indymedia jako coś co mogło by być powszechnie użyteczną rzeczą. Możliwe jest żebyśmy zaprojektowali nasz kod w taki sposób że był by atrakcyjny dla wielu ludzi którzy potrzebują dystrybuowanych stron(11) i użyli by tego kodu w swojej normalnej komercyjnej pracy. Ich zmiany w kodzie wrócą i zasilą bazę kodu (dlatego Drupal i Zope mają tylu współpracowników).

W oby wypadkach mieli byśmy chociaż jakąś kontrolę nad sytuacją, lepszą niż gdybyśmy ciągle składali wnioski o granty fundacji.

To co chciał bym zaznaczyć to że w tej sytuacji, długofalowo, płacąc pięciu czy dziesięciu geekom przez jeden rok nie wyciągniemy się z kłopotów – ich skala jest zbyt duża. Inteligentne użycie publicznie dostępnego kodu tworzonego przez tysiące czy dziesiątki tysięcy ludzi to jeden sposób na początek.

Lepsza organizacja naszych procesów rozwoju kodu (czego obecnie próbuje dokonać grupa imc-cms) też może w sporym stopniu rozwiązać problem niedokapitalizowania. Sieć paru dziesiątek zmotywowanych i dobrze zorganizowanych programistów ze wsparciem większej społeczności politycznie świadomych deweloperów otwartego oprogramowania dla których monopolizacja jest kwestią wolności może funkcjonować przez wiele lat i może być w stanie rzeczywiście czegoś dokonać. Mała grupa ludzi opłacanych z pieniędzy fundacji zapewne ukoi nas w poczuciu fałszywego bezpieczeństwa. Myślę że odpowiedź na problem zasobów jest polityczna i społeczna a nie ekonomiczna ponieważ niezależnie od tego jak dużej ilości fundacyjnych pieniędzy nie położymy rąk, zawsze będzie to ułamek tego ile korporacyjne olbrzymy są w stanie wydać na zakup jednej innowacyjnej firmy.

Inny problem, ten dotyczący standaryzacji de facto i monopolizacji przez firmy szukające zysku jest cięższy do rozwiązania. Częściowo pracuje nad tym Free Software Fundation: nowa licencja Affero Gnu Pulic License (AGPL) ustanawia że firma jak na przykład Google używając kodu AGPL musi publicznie udostępnić cały zmodyfikowany kod AGPL, coś co nie było wymagane w starszej licencji GPL w wersji 2.

Licencja AGPL pomoże trochę wyrównać szanse, zobaczymy więcej korporacyjnego kodu gigantów web 2.0(12). Nie zmieni to faktu że doświadczenie internetu większości ludzi odbywa się wewnątrz odpowiednika zamkniętych strzeżonych osiedli które są własnością największych korporacji medialnych na świecie. Oczywiście jesteśmy organizacyjnie poza tymi ogrodzonymi społecznościami (piszę organizacyjnie ponieważ podejrzewam że wielu ludzi działających w Indymediach w rzeczywistości używa korporacyjnych platform takich jak Facebook pomimo uważania tego za jakąś brudną tajemnicę). Pytanie jak mamy prowadzić interakcję z tymi ciężko bronionymi enklawami w internecie jest kluczowe bo tam żyje i pracuje większość światowej populacji internetu. Jeśli chcemy zmienić społeczeństwo musimy tą kwestię rozwiązać, albo nie będziemy już grupą radykalnych twórców mediów z zaawansowanymi technicznie platformami (którymi byliśmy w 2000-2003), staniemy się odpowiednikiem strony na Geocities(13) – zaginiona, samotna i wyglądająca podejrzanie. Swoją drogą może już czas zmienić biały tekst i czarne tło indymedia.org?

Problem pogarsza fakt, że wiele wolnych bibliotek(14) jest napisane po to żeby wpierać korporacyjne usługi. Na przykład, wewnątrz środowiska programowania którego używam (Ruby on Rails), jest 5 bibliotek dla Google Maps/Yahoo Maps/Geocoder.us/PostcodeAnywhere ale żadnej dla OpenStreetMap (jedyna porównywalna usługa niekomercyjna). Jako radykalny programista, co mam zrobić? Chcę dać możliwość zaznaczenia lokalizacji wydarzenia na mapie w kalendarzu wydarzeń który napisałem tak żeby ludzie mogli łatwo na nie trafić. Czy mam je zintegrować z Google Maps (co zajęło by około 5 minut), czy z OpenStreetMap (co zajęło by parę dni i tak nie działa równie dobrze co Google Maps)? To tylko mały przykład ale myślę że pokazuje jak wygląda praktyczna strona monopolizacji w usługach którą chce pokazać.

Myślę że w tymi miejscu może być konieczne żeby zaprezentować nasze wątpliwości tak samo do ruchu wolnego oprogramowania jak i postarać się przedstawić je szerszej publiczności zaczynając od naszych własnych użytkowników. Ludzie z Free Software Foundation to inteligentna zgraja, której skład często pokrywa się z naszym środowiskiem. Podczas gdy wielu z nich prawdopodobnie widzi „internet” (w przeciwieństwie do kodu na którym on funkcjonuje) jako przestrzeń wolną od polityki, podejrzewam że wielu z nich ma wątpliwości co do tego jak używany jest ich kod. Po poświęceniu dwóch dekad pracy na powiększenie wolności oprogramowania, wątpię żeby byli zadowoleni z faktu że jest ono wykorzystywane do usidlenia użytkowników sieci w zazębiającym się zestawie korporacyjnych monopoli które akurat używają wolnego oprogramowania.

Poza budowaniem współpracy i uświadamianiem musimy też rozwijać nasze alternatywy. Każdy kto jest tym zainteresowany powinien spojrzeć na działania grupy CMS Indymediów, które lista mejlingowa znajduje się pod adresem: http://lists.indymedia.org/mailman/listinfo/imc-cms

(1) globalne listy komunikacyjne sieci Indymedia, na których koordynowane jest działanie pomiędzy kolektywami i podejmowane są decyzje które mogą dotyczyć całej sieci
(2) IMC to skrót od Independent Media Center – centrum mediów niezależnych, w większości wypadków oznacza kolektyw prowadzący stronę Indymedia
(3) Drupal to CMS (system zarządzania treścią) – program obsługujący wyświetlanie dynamicznych treści (np. wiadomości) na stronach internetowych
(4) Data mining nie ma polskiej odpowiednika językowego – jest to proces przeszukiwania informacji zawartych w bazach danych, często publicznie dostępnych, mających uczciwe zastosowania jak i gromadzenie informacji na temat poszczególnych osób i kojarzenie informacji których sami mogli celowo nie ujawniać, trochę więcej http://pl.wikipedia.org/wiki/Eksploracja_danych
(5) geek nie ma wygodnego tłumaczenia na polski, oznacza coś na kształt maniaka komputerowego – więcej na ten temat: http://pl.wikipedia.org/wiki/Geek
(6) „ruch wolnego oprogramowania” aka open source – ruch tworzący oprogramowanie i dzielący się jego kodem http://pl.wikipedia.org/wiki/Historia_Wolnego_Oprogramowania
(7) oryginalnie undercapitalization podobnie do niedofinansowania ale chodzi też o ‚zasoby ludzkie’
(8) jest to główny element analizy mediów, „modelu propagandy”, autorstwa Chomskiego i Hermana
(9) amerykański/międzynarodowy pierwowzór polskiego serwisu wykop.pl
(10) (gromadzenie), w tym wypadku wyszukiwanie, publikowanie i ocenianie treści przez użytkowników, patrz wykop.pl
(11) istotną częścią wszystkich systemów Indymedia jest możliwość ich „dystrybucji” na wiele serwerów tak żeby duża liczba odwiedzających nie przeładowała serwera lub akcje policyjne nie były w stanie zamknąć wszystkich kopii strony
(12) kontrowersyjny termin ukuty jako określenie na wszystkie nowomodne serwisy ‚społecznościowe’ patrz też http://cia.bzzz.net/grodzenie_wirtualnej_przestrzeni_kapitalizm_2_0
(13) dawniej popularny darmowy hosting (tak jak polskie republika onet.pl czy webpark wp.pl) obecnie synonim internetowej archaiczności
(14) napisanych przez kogoś innego fragmentów kodu których można użyć w swoim programie

Written by harce

25 Styczeń, 2009 at 22:11

Jak skompilować Cinelerra na Ubuntu

with 3 comments

poniżej tłumaczenie części przewodnika pod tytułem „Cinelerra dla Babć” dotycząca kompilacji Cinelerra – linuksowego semi-profesjonalnego nieliniowego programu do montażu (NLE). prostszym ale mniej wydajnym rozwiązaniem jest zainstalowanie jej z repozytoriów/paczki.

uwaga: babcie są powszechnie znane jako użytkowniczki komputerów x86

Droga Babciu,
kompilowanie Cinelerri oznacza przetłumaczenie jej kodu źródłowego (czyli tekstu napisanego przez programistów w języku komputerów) w program który możesz wykonywać i używać.
Żeby zbudować (czyli skompilować) Cinelerrę z jej kodu źródłowego musisz użyć terminalu (linii poleceń).
To znaczy że zamiast klikać na ikonki będziesz mówić do swojego komputera wpisując dziwne słowa: komendy.
Żeby wykonać komendy, otwórz terminal (Aplikacje -> Akcesoria -> Terminal), wprowadź sugerowane komendy (możesz je skopiować myszką zaznaczając i kopiując prawym klikiem a potem wklejając w terminal) i naciśnij ENTER.
Kompilacja składa się z 5 kroków:

1. Ściągnij kod źródłowy
Kod źródłowy CinelerraCV jest projektem wielu programistów. Społeczność programistów używa programu Subversion w skrócie SVN który jest systemem kontroli wersji i służy do zarządzania kolejnymi wersjami kodu. Kod źródłowy CInelerraCV jest umieszczony w repozytorium svn na norwerskich serwerach.
Żeby ściągnąć kopię kodu źródłowego, najpierw musisz zainstalować Subversion. Wejdź w menu System -> Administracja -> Źródła Oprogramowania i upewnij się że włączony jest komponent o nazwie main.
Potem uruchom terminal i użyj tej komendy:
sudo apt-get install subversion
I ściągnij kod źródłowy następującą komendą:
svn checkout svn://svn.skolelinux.org/cinelerra/trunk/hvirtual
Ta komenda ściąga kopię kodu źródłowego CinelerraCV z Norwegii. Pojawi się jako folder w Twoim katalogu domowym (czy innym katalogu roboczym jeśli go zmieniłaś) pod nazwą hvirtual.

2. Ściągnij zależności
Najpierw potrzebujesz paru narzędzi do kompilacji. Zainstaluj je poleceniem:
sudo apt-get install build-essential autoconf automake1.9 libtool nasm yasm gettext
Potrzebujesz też sporej ilości bibliotek od których zależna jest Cinelerra. Ich nazwy mogą się trochę zmieniać zależnie od dystrybucji.
Dla Ubuntu 7.10 (Gutsy) wprowadź następującą komendę:
sudo apt-get install xorg-dev libasound2-dev libogg-dev libvorbis-dev libtheora-dev libopenexr-dev libdv4-dev libpng12-dev libjpeg62-dev libx264-dev uuid-dev mjpegtools libmjpegtools-dev fftw3-dev liba52-0.7.4-dev liblame-dev libsndfile1-dev libfaac-dev libfaad2-dev esound libesd0-dev libavc1394-dev libraw1394-dev libiec61883-dev libtiff4-dev libxxf86vm-dev
Dla Ubuntu 8.04 (Hardy):
sudo apt-get install xorg-dev libasound2-dev libogg-dev libvorbis-dev libtheora-dev libopenexr-dev libdv4-dev libpng12-dev libjpeg62-dev libx264-dev uuid-dev mjpegtools libmjpegtools-dev libfftw3-dev liba52-0.7.4-dev liblame-dev libsndfile1-dev libfaac-dev libfaad-dev libesd0-dev libavc1394-dev libraw1394-dev libiec61883-dev libtiff4-dev libxxf86vm-dev

3. Zbuduj Cinelerrę
Przejdź do katalogu hvirtual następującym poleceniem:
cd hvirtual
I wykonaj:
./autogen.sh
oraz
./configure --enable-mmx --without-pic --with-buildinfo=svn/recompile
Ostatnią częścią tej komendy jest opcja która sprawi że numer wersji kodu będzie wyświetlany w zakładce About okna Preferences.
Teraz wykonaj:
make
I masz teraz chwilę na filiżankę kawy podczas kiedy twój komputer pracuje nad jej wykonaniem.

4. Zainstaluj Cinelerrę
Wpisz:
sudo make install
i ostatnie polecenie
sudo ldconfig

5. Uruchom Cinelerrę
Żeby uruchomić Cinelerrę przejdź do menu Aplikacje -> Dźwięk i Obraz i kliknij na Cinelerra. Cinelerra może wyświetlić komunikat błędu ale możesz go zignorować i przeczytać HOWTO wyjaśniające jak go rozwiązać.
Lepszym sposobem jest jednak uruchamianie Cinelerri z terminala ponieważ w razie kłopotów, w terminalu pojawi się informacja o problemie dzięki czemu łatwiej go będzie zrozumieć.
Żeby uruchomić Cinelerrę z terminala po prostu wpis:
cinelerra

Przyjemnego montowania Babciu!

—–
trochę o tłumaczeniu:

autorka G-raffa, używa oprogramowania open source w pracy z dziećmi, przy jego użyciu tworzą niesamowite animacje poklatkowe i inne krótkie filmy ucząc dzieciaki jak dużo można zrobić samemu, polecam wizytę na stronie z jej projektami edukacyjnymi (automatyczne tłumaczenie z włoskiego). obecnie pracuje nad portalem „Cinelerra dla Babć” który ma w bardzo (*bardzo*) przystępny sposób uczyć używania Cinelerri.

tłumaczenie:

licencja: creative commons by-nc-sa

źródło: http://www.g-raffa.eu/Cinelerra/cin_compilation.html

tłumaczenie z wersji z dnia 28 czerwiec 2008

Written by harce

27 Lipiec, 2008 at 01:28